Hello World!

Hello World!

27 lipca 2018 0 By Iwona

Od dziecka uwielbiam czapki; z daszkiem, zimowe, kapelusze i Bóg wie jakie można by tu jeszcze wymienić. Mam swoją małą kolekcję. Zmora mojej mamy i mojego pracodawcy. Oboje zawsze walczyli, żebym przestała je nosić. Mamie się nie udało, a pracodawcy… no cóż. Po zdjęciu widać, że nie do końca. W pracy (o zgrozo) nie wolno nosić mi czapki, nad czym wielce ubolewam. Naprawdę je uwielbiam. Moja ulubiona czapka to czarna bejsbolówka, którą kiedyś kupiła mi mama (choć tego już na pewno nie pamięta – to było 10 lat temu). Jest sprana do granic możliwości i teraz bardziej przypomina kolor ciemnoszary niż czarny, ale ma dla mnie wartość sentymentalną. Już nawet raz udało mi się ją zgubić! Na szczęście znalazłam ją zaraz na drugi dzień, nieopodal miejsca w którym widziałam ją po raz ostatni. Zawsze towarzyszyła mi w ważnych wydarzeniach z mojego życia. Ot taki świadek mojego dojrzewania.

ZOSTAŁAM MAMĄ!
21.06.2016 o godzinie 8:50 dałam się pokroić za moje dziecko (if you know what I mean). W ten dzień to była tylko mała istotka ważąca 3520g (takie liczby się zapamiętuje – einfach so!). Dziś Maya ma już dwa lata. Jest moim oczkiem w głowie i nie wyobrażam sobie jak moje życie potoczyłoby się, gdyby nie ten cud, który w ogóle nie powinien się zdarzyć. Poważnie. We wrześniu 2014 roku mój lekarz powiedział mi, żebym pożegnała się z myślą o macierzyństwie. Ale to historia na osobny post. Nie mam pojęcia co bym teraz robiła, gdyby nie ona. Mój sens życia.

ZOSTANĘ MAMĄ! SERIO! PO RAZ DRUGI.

Pod moim sercem, żołądkiem, obok nerek na początku tego roku zakiełkowało coś, co jeszcze w lutym wyglądało jak fasolka. Długo przeze  mnie wyczekiwana druga kreska na teście w końcu się pojawiła. Rozgałęzienie mojego życiowego marzenia w końcu zaczęło się spełniać. W maju poznaliśmy jego płeć. To chłopak! Nie ustaliliśmy jeszcze imienia,  ponieważ do 28 września, kiedy to miał przyjść na świat było jeszcze sporo czasu. O jak bardzo się myliliśmy.

30 maja pojechałam wypocząć do sanatorium. 12 czerwca obudziłam się w mokrej piżamie. Niepewność skierowała moje kroki do internisty, który bez zbędnych pytań skierował mnie do ginekologa. Hausmeister zawiózł mnie do miasta i obiecał odebrać zaraz po tym jak do niego zadzwonię. Uzbrojona w portfel, komórkę i książeczkę ciąży ruszyłam do gabinetu, zupełnie nie przeczuwając, że nigdy więcej nie będzie mi dane zobaczyć Hausmeisetra, jak i innych pracowników sanatorium. Ginekolog po zrobieniu USG od razu wezwał karetkę. Na hasło „Krankenhaus” (szpital) dostałam największego napadu płaczu jaki dane mi było przeżyć. Z uwagi na mój stan, personel przychodni poinformował sanatorium o całej sytuacji, z moim mężem przez telefon rozmawiał sam lekarz.

Nie do końca wiedząc co się dzieje czekałam na transport do szpitala. W karetce sympatyczny ratownik próbował odwrócić moją uwagę od czarnych myśli. Udało mu się do momentu, kiedy studentka medycyny czytając w moich dokumentach o zaburzeniach rytmu serca pokręciła głową i szepnęła do lekarki, że nie mogą mi nic podać. Dla pewności lekarze zrobili kolejne USG, kolejne badanie, po którym usłyszałam, że mamy rozwarcie na 2cm.

Spełniał się mój najgorszy sen. Ryzyko utraty ciąży. Szpital, w którym się znalazłam zorganizował karetkę i przetransportował mnie do najlepszej kliniki w Niemczech jeżeli chodzi o doświadczenie z wcześniakami. Jeżeli moje dziecko w 24 tygodniu ciąży miało mieć jakieś szanse, to własnie tam. Na porodówce ta sama procedura, USG, badanie, czytanie o zaburzeniach i światełko w tunelu. Mogą podać mi lek zastępczy, który zapobiegnie skurczom. Na noc przenieśli mnie do pokoju obserwacji. Byłam sama, z rozładowanym telefonem, 460km od domu i 80km od mojego dziecka i męża (po telefonie od lekarza rzucił wszystko i jechał 430km po naszą córkę – na szczęście nie musiał szukać  hotelu, klinika zapewniła mu nawet posiłek). Przez noc nie wydarzyło się nic.

Rano na wizycie dowiedziałam się, że przedwczesne przerwanie błon płodowych spowodowało rozwarcie, które sięga już 3cm. „Ale jak to 3?! Wczoraj było 2!” – mina lekarza zdawała się mówić „Dziewczyno przykro mi, zaraz rodzisz.” Myślałam, że pęknie mi serce. Wtedy do szpitala dotarł mój mąż. Co chwilę gdzieś dzwonił, opisując całą sytuację. Po chwili uradowany oznajmił, że ubezpieczenie pokryje koszty transportu do szpitala w moim mieście. I lekarz wtedy powiedział: „ryzyko jest zbyt wysokie”.  „A może założymy szew? -Zbyt ryzykowne. A może karetka, transport na leżąco? -Zbyt ryzykowne. A helikopter? -Zbyt ryzykowne.” W tamtym momencie nadzieja legła w gruzach. Musiałam zostać w Heidelberg. Na szczęście lekarz się mylił. Nie urodziłam do dziś i jeszcze rodzić nie zamierzam.

Dziś mamy 31+3 tydzień ciąży. Dla Nico wygraliśmy 48 dni opóźnienia i walczymy o więcej. Na ostatnim USG (tydzień temu) wszystko było w porządku. Ważył 1600g. To dużo. I to nas bardzo cieszy. Nasz pierwszy cel to 34 tydzień. Od 34 tygodnia zwiększona kontrola i pełna gotowość do akcji porodowej. Jeżeli się nie rozpocznie, a wszystko będzie w porządku, to w 37 tygodniu będziemy wywoływać. Trzymajcie kcuiki.

Czas w szpitalu płynie bardzo powoli. Przynajmniej płynął w ślimaczym tempie dopóki nie założyłam strony. Teraz już wiesz, jaka jest geneza Strefy Mamy w Czapce. 😉