List do mojej córki…

List do mojej córki…

18 listopada 2018 1 By Iwona
Droga córeczko. Wiesz… Był taki jeden dzień… W przyszłości nawet nie będziesz o nim pamiętać… A ze mną to wspomnienie pozostanie na długo. Może nawet na zawsze. Wtedy ten dzień wydawał się bardzo piękny. Ciepły, słoneczny poniedziałek. Byłaś wtedy w sanatoryjnym przedszkolu, a ja korzystałam ze wszystkich możliwych terapii, żeby uczynić nasze życie lepszym. Kiedy Cię odebrałam, jak zwykle robiłaś mi wyrzuty. Nie rozumiałam Twojego języka, ale oczy mówiły, że nie podoba Ci się ta rozłąka. Wychowawczyni mówiła, że kiedy wychodzę, Ty płaczesz bardzo krótko i zajmujesz się zabawą. Ja wiem, że robisz wszystko, by nie myśleć o tęsknocie. Masz to po mamie. Żeby Ci to wynagrodzić chciałam Cię zabrać na plac zabaw. Niestety nasze plany pokrzyżowało oberwanie chmury. Nie mogłam pozwolić by ten dzień się tak skończył. Przecież to tylko deszcz, a babcia zawsze powtarzała: „nie jesteśmy z cukru”. W myśl tej idei wyszperałam Twoje gumiaki i kombinezon przeciwdeszczowy. Na dworze spędziłyśmy cudowne dwie godziny skacząc po kałużach i robiąc slalom między strugami deszczu. Byłaś taka szczęśliwa, a ja cieszyłam się, że ta zabawa Ci się podoba. Długo trwało, żeby do deszczu przekonali się inni, jednak Ty miałaś już fioletowe usta, musiałyśmy wrócić do pokoju. Wzięłyśmy razem gorący prysznic i wskoczyłyśmy pod kołdrę, żeby się ogrzać. Nie mogłyśmy się przecież rozchorować. Po obejrzeniu naszego serialu zgasiłyśmy światło i próbowałyśmy zasnąć. Nikt nie przeczuwał, że w nocy stanie się coś strasznego. Obudziły nas promienie słońca, które próbowały wedrzeć się przez grube zasłony naszych okien. Wtedy pierwszy raz poczułam, że coś jest nie tak. Nasze łóżko było mokre. Na początku myślałam, że Twoja butelka znów się przewróciła, jednak po sprawdzeniu była ona pełna. Pampers? Rzadko się zdarzało, żeby w nocy był tak suchy. Może dziecko nacisnęło na pęcherz? Postanowiłam trzymać się tej wersji. Zaprowadziłam Cię do grupy żuczków na śniadanie i po raz kolejny załamałam się, kiedy żegnałaś mnie płaczem. Po śniadaniu w stołówce postanowiłam iść do lekarza. Po krótkiej wizycie i strachu w oczach lekarki polecono Pani w recepcji zrobić termin u pobliskiego ginekologa. Około godziny jedenastej dostałam informację, że Hausmeister (dozorca) zawiezie mnie do przychodni. Uzbrojona w portfel, telefon i książeczkę ciąży wsiadłam do samochodu. Kiedy dotarliśmy na miejsce dozorca powiedział, że przyjedzie po mnie kiedy zadzwonię. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że widzę go po raz ostatni. U ginekologa czekałam bardzo krótko. Po wyjaśnieniu dlaczego przyszłam (głupia podejrzewałam infekcję), przeszliśmy do drugiego pokoju. Najpierw badanie, dziwna mina lekarza, pierwsze USG, zdenerwowanie lekarza, USG od góry. Kiedy usłyszałam słowo „Krankenhaus” (szpital), momentalnie się rozpłakałam. Pojedyncze wyrazy przedzierały się przez moją histerię: „Blasensprung” (przerwanie pęcherza płodowego), „Liegendtrsnsport” (transport na leżąco), „Frühgeburt” (przedwczesny poród). Frühgeburt? – zapytałam niepewnie ciągle jeszcze zanosząc się placzem. Przecież to dopiero 24 tydzień. Lekarz skinął głową ze współczuciem. Polecił podać adres mojego lekarza prowadzącego i zadzwonić do męża. Wiesz, tata bardzo się zmartwił. Był zdenerwowany, a ja nie potrafiłam z nim rozmawiać. Na szczęście lekarz mu to wyjaśnił. Ja nie byłam w stanie powiedzieć nic. Kiedy leżałam sama w pokoju ktg, oczekując na karetkę w mojej głowie dominował strach. O Twojego brata, który mógłby nie przeżyć porodu i o Ciebie. Ty byłaś sama, i jeszcze nie za bardzo rozumiałaś co się dzieje. Nie wiedziałaś, że mama nie wróci, że nie odbierze Cię i nie pójdziecie na lody. Nie wiedziałaś, że kiedy zamkną przedszkole, Ty będziesz musiała zostać z pielęgniarką na recepcji i dziś zaśniesz bez mamy. To był dzień, w którym z tęsknoty pękło mi serce.

Wiesz, jechałam karetką… Niestety jako pacjent. Właściwie w tym dniu jechałam karetką dwa razy, bo w pierwszym szpitalu ze względu na zaburzenia rytmu serca nie wiedzieli jak powstrzymać akcję porodową. Wywieźli mnie 80km dalej. Teraz nie byłyśmy już 5 km od siebie tylko 80. Czy Ty możesz sobie to wyobrazić? Jadąc karetką myślałam tylko o Tobie i jak bardzo boli mnie, że nie mogę Cię przytulić. Dotarliśmy na miejsce. Szpital w Heidelbergu. Kolejne badania, kolejny wywiad, jakieś strzykawki, antybiotyki… Kiedy zostałam sama chciałam do Ciebie zadzwonić, ale tata powiedział, że spałaś. Powoli rozładowywał mi się telefon. To była pierwsza noc, w kiedy nie mogłam słyszeć Twojego oddechu.
Przyjechaliście na drugi dzień. Wydawało się, że trochę rozumiesz co się działo, bo zamiast wyrzutów usłyszałam od Ciebie pełen radości okrzyk: „Mama!”. Wspięłaś się na łóżko, jak tylko tata odpiął szelki wózka. Przytulałaś się do mnie dłużej niż kiedykolwiek. Tak bardzo chciałam by czas się zatrzymał… Nie znam słów które opisały by uczucie które dopadło mnie codziennie za każdym razem kiedy musieliście wracać na nocleg. Żal, tęsknota, troska? To tylko minimalny procent tego, co powoli odbierało mi chęć do życia. Tak bardzo jesteś dla mnie ważna…