To wystarczy – emigracja

To wystarczy – emigracja

4 sierpnia 2018 0 By Iwona

W 2014 roku koleżanka zapytała mnie czy mam ochotę wyjechać na trzy miesiące i trochę dorobić. Pięć dni później byłyśmy w drodze. Po wykupieniu ubezpieczenia turystycznego, zebrania datków od rodziny „na start” wyruszyłam w kierunku zachodzącego Słońca.

Moje pierwsze mieszkanie. A raczej hotel pracowniczy. Co wyobrażacie sobie kiedy słyszycie taki zwrot „hotel pracowniczy”? Brzmi podejrzanie. To co czekało mnie na miejscu sprawiło, że około godziny zbierałam szczękę z podłogi.
Stara kamienica przy głównej ulicy, korytarz ze starymi drewnianymi schodami, które skutecznie zdradziłyby najlżejszego włamywacza. Pietro, stara kanapa ze stolikiem obok okna służyła jako palarnia. Dywan widział kiedyś lepsze czasy, teraz był niemal szary od kurzu i popiołu.
Nasze mieszkanie. Trzy pokoje zajmowane przez innych pracowników. W środku łóżka, szafy i jakieś pojedyncze meble zebrane z „wystawek”. Wystarczy. Przyjechałam tu do pracy, a nie by leżeć w wypasionym łóżku i delektować się luksusem.
Kuchnia, stół, regał, blat, kuchenka, zlew, lodówki. Co prawda jeden palnik był zepsuty, no ale przecież trzy inne działają. Nie ma co narzekać. Poza tym większość posiłków była przygotowywana za pomocą czajnika i wrzącej wody. Zupki chińskie mają trzy zalety: są tanie, niedrogie i niedużo kosztują.
Łazienka. Prysznic, toaleta, regał, pralka i wanna. Z prysznicem! A co najważniejsze: ciepła woda! Czego więcej wymagać? Spać jest gdzie, jeść jest gdzie, myć się jest gdzie, prać jest gdzie. Wszelkie podstawowe potrzeby zapewnione. I to za połowę ówczesnej wypłaty. Żyć, nie umierać. W sumie ludzie, którzy tam ze mną mieszkali, sprawiali że chciało się tam wracać.

Nie rozumiem dzisiejszego pokolenia, które to wybrzydza na zakwaterowanie. Przyjechaliście tu zarobić, a nie mieszkać. Znajomi wiele lat temu mogli sobie pomarzyć o tym co miałam ja. Spali na zimnej podłodze, chyba, że ktoś akurat znalazł na wystawce materac. Nie jedli ciepłych posiłków do pierwszej wypłaty. Potem kupili sobie gazowy palnik. Kim są teraz? Kucharzami w prestiżowych restauracjach, ekspedientkami w supermarketach, najlepszymi mechanikami w mieście, posiadają własne salony kosmetyczne, lub fryzjerskie. Ale na początku nie mieli nic oprócz wiary, że się uda, oraz chęci do pracy. Jestem z nich dumna. Jeżeli ktoś chce tu zostać na dłużej zaciska zęby i odkłada tyle, żeby stać go było na wynajęcie mieszkania. Da się.

Na miejscu czekała na mnie praca przy inwentaryzacji, za najniższą krajową i na niepełny etat. Super. No bo od czegoś trzeba zacząć. Zwłaszcza jak się nie zna języka. Firma zapewniała (i nadal zapewnia) szkolenie w języku polskim. Wszystko naprawdę w porządku. Okazało się, że ubezpieczenie z Polski w ogóle nie było potrzebne, ponieważ ubezpieczenie zdrowotne opłacał pracodawca. Sama praca była dosyć łatwa. No bo co może być trudnego w liczeniu towaru na półkach? Jedyny problem jaki się pojawił, firma wystawiła mi umowę na pół roku zamiast na trzy miesiące. Po upływie trzech miesięcy przestało to być problemem, ponieważ postanowiłam tu zostać.
Czynsz pochłaniający połowę wypłaty nie za bardzo pozwalał na szastanie pieniędzmi, dlatego po pół roku załapałam się na pracę przy sprzątaniu przedszkola. Tylko na zastępstwo. Często z jednej pracy musiałam biec do drugiej. Na szczęście nie były od siebie za bardzo oddalone. Kiedy zastępstwo się skończyło, wróciłam tylko do jednego etatu. W październiku dostałam podwyżkę (fajnie brzmi, co nie? W praktyce to tylko 50 centów na godzinę więcej brutto, więcej godzin) i stały kontrakt, ponieważ wykazywałam chęci rozwoju kariery firmie. Moja ambicja ustaliła sobie cel: zostaniesz Teamliderem. Niestety ciężko było znaleźć mi kogoś kto chciałby mnie uczyć. Wypłata wyglądała fajniej. Prawie 200 euro więcej na koncie. Można było kupić rodzinie prezenty.
Niespodziewanie miesiąc później plan rozwoju kariery pokrzyżowały dwie kreski. Zamknęły one na szczęście tylko jedną drogę, ponieważ szef nie mógł mnie zwolnić. Mógł dać mi zakaz pracy, ale wpadł na pomysł posiadania tłumacza. Oczywiście miał już jedną tłumaczkę, ale ona więcej pracowała w terenie, tak że przejęłam trochę jej obowiązków. W piątym, albo szóstym miesiącu dostałam zakaz pracy ze względu na tzw. Ischiasschmerzen. Sprawiało mi to trudność dojazdach do pracy. Nie wszyscy są tak uprzejmi, by w tramwaju ustąpić miejsca ciężarnej. Czasem zdarzyło mi się też zasnąć w tramwaju i obudzić się kilkanaście przystanków od pracy. Tak zakończyłam pierwszy etap swojej pracy. Dlatego kariera Teamlidera musiała ustąpić miejsca karierze Mamy w Czapce.